




































Złocenia w Archikatedrze
Złoto, kurz i anioły. Sam na sam z detalami Archikatedry
Niektórzy myślą, że konserwacja zabytków to natchnione machanie pędzelkiem przy dźwiękach organów. Bzdura. Dla mnie to były cztery miesiące walki z materią, wysokością i samym sobą. Od 24 czerwca do połowy października 2024 roku północna nawa Archikatedry w Przemyślu była moim domem, a 34 barokowe detale – towarzystwem.
34 przystanki do nieba
Zajmowałem się północną stroną nawy głównej. W moim „zespole” było 10 aniołów, 5 kapiteli, 6 baz i cała reszta sztukateryjnej drobnicy. Razem 34 elementy, które musiałem własnoręcznie wyciągnąć z niebytu. To nie jest robota dla mięczaków – tu musisz być rzeźbiarzem, malarzem, chemikiem i budowlańcem w jednym ciele, które zazwyczaj jest wygięte w paragraf na wysokości kilkunastu metrów.
Październikowe poranki pod sklepieniem, gdy chłód murów zaczynał włazić pod skórę, tylko przypominały, że czas ucieka, a złoto nie lubi pośpiechu.
Technologia, nie magia
Zabytki nie wybaczają błędów, więc nie było miejsca na improwizację.
Jechałem konkretnym systemem:
- Najpierw zdzieranie syfu i gruntowanie: Soldalit Fixativ oraz 9157.
- Potem rzeźbiarska dłubanina: Keim Fein i dolomit, żeby odtworzyć to, co czas zjadł.
- Malowanie i topowanie: Zanim przeszedłem do finału, czekało mnie topowanie całości (Soldalit 9255) oraz żmudne malowanie punktowe i imitacja patyny. To właśnie tutaj, przez odpowiednie mieszanie kolorów, wyciągałem z rzeźb odcień i głębię, których nie da się uzyskać „płaskim” malowaniem.
- Na koniec magia, która najbardziej boli: kilka warstw szelaku, Instacoll i kładzenie 24-karatowego złota.
Złoto jest bezlitosne. Jeden mocniejszy wydech i płatek warty parę dych zamienia się w pył. Na wysokości, w niewygodnej pozycji, to jest prawdziwy trening nerwów.
Izolacja i dźwięk
Praca na rusztowaniu to specyficzna forma izolacji. Jesteś sam, zawieszony między ziemią a niebem. Żeby nie zwariować od własnych myśli i powtarzalności ruchów, stworzyłem sobie własny świat w słuchawkach. Przez te cztery miesiące przez moje uszy przelały się setki godzin audiobooków, podcastów i muzyki. To one pomagały utrzymać rytm, gdy ręce drżały z wysiłku, a oczy piekły od pyłu. Ten dźwiękowy trans stał się nieodłączną częścią procesu – od rzeźbienia po ostatnie dotknięcie płatka złota.
Anioły z gumy?
I tu dochodzimy do najlepszego. Te moje anioły… Pracując przy nich na rusztowaniu, twarzą w twarz, miałem niezły ubaw. Ich buźki – zgodnie z wytycznymi i wizją komisji – z bliska wyglądały, lekko mówiąc, osobliwie. Trochę jak z dmuchanych lal. No, ale taka jest ta gra. Konserwacja to nie portret do dowodu. Z dołu, z perspektywy zwykłego śmiertelnika stojącego na posadzce, wszystko nagle nabrało sensu. Złapały majestat, odzyskały barokowy sznyt i wyglądają dokładnie tak, jak powinny.
Podsumowanie
Zszedłem z rusztowania w połowie października. Zostawiłem tam mnóstwo potu, parę nerwów i 34 odrestaurowane elementy, które przeżyją mnie i pewnie kilka kolejnych komisji. Praca w takim miejscu uczy pokory ale wiem, że mój trud, choć okupiony fizycznym zmęczeniem i ogromnym skupieniem, staje się częścią czegoś znacznie większego niż tylko jeden projekt.
To moja osobista cegiełka włożona w dziedzictwo Przemyśla.
